Banner

 *  Strona główna
 *  Oblicze do kontemplacji
 *  Koronka do Miłosierdzia Bożego.mp3
 *  Listy Jana Pawła II
 *  Nasz ośrodek
 *  Duszpasterz i domownicy
 *  Miejsce Pamięci
 *  Reguła życia
 *  Fundamenty domu
 *  Dzień na Jamnej
 *  Jamneńska Pieśń
 *  Remonty i inwestycje
Zamyślenia-ARCHIWUM
Święci dominikańscy
Opowieści
Kamienie milowe
Miejsca modlitwy
Nasze budynki
Napisali o Jamnej
 *  Jamneńska GALERIA
 *  INNE GALERIE FOTO

Msze św.

niedziela:
godz. 11.00
godz. 16.00 (trydencka)
dni zwykłe: godz. 19.00

Godzina Miłosierdzia

codziennie o godz. 15.00

Dane kontaktowe:

Dom Św. Jacka, Jamna,
32-842 Paleśnica,
tel. 014/ 66-54-196
[email protected]

Ojciec Andrzej Chlewicki OP
tel. 603 138 056

Ojciec Wojciech Gołaski OP
tel. 602 719 884

Wyślij e-maila

OPOWIEŚCI

Jamnenskie cuda  |   Jedziemy na swoje  |   Kapłani i kobiety  |   Kominek  |   Kostek 1  |   Kostek 2  |   Kronika szkoły  |   Krzyż nad Jamną  |   Masztalerz  |   O wyjątkowych kobietach  |   Osioł Januszek  |   Pokój poety  |   Przetwory z Jamnej  |   Rower Blażeja  |   Sen Józefa  |   Trzy wesela i partyzanci  |   Znaki innej opatrzności


Sen "Józefa"

     Tutaj chciałbym opowiedzieć cos, co dla mnie samego było i jest w dalszym ciągu jakimś znakiem Opatrzności i znakiem tego, Ze Pan Bóg ma nas w swojej opiece. Być może nie jest to Żaden znak dla kogoś innego, dla kogoś z zewnątrz. Dla mnie jest jednak czymś dogłębnie przekonującym.

     Otóż to chyba było jakoś tak. 0d dłuższego już czasu pracowałem dla Radia Wolna Europa, przekazując najpierw incognito, a później już coraz bardziej jawnie, co miało swój związek z ówczesna sytuacją w Polsce, swoje wypowiedzi dla audycji religijnych, nadawanych z Paryża poprzez Monachium do kraju. Przyjaciele dzwonili z Paryża, liczyli do trzynastu... i taśma poszła... . Mówiłem zawsze coś aktualnego na tematy religijne, sam będąc autorem i spikerem. Przyjaciele za ta usługę obiecywali mały fundusz na duszpasterstwo akademickie, które nie zawsze cieszyło się należytym zrozumieniem u przełożonych i ich przekonaniem do łożenia bardziej w młodego człowieka niż w mury czy beton. Kiedy czas naszej współpracy się przedłużał, a ja nie zobaczyłem żadnego pieniążka, zwątpiłem i współpraca stała się dla mnie coraz bardziej uciążliwa. Raz czy drugi się poskarżyłem i zacząłem się nosić z myślą zaprzestaniu tych obciążających mnie dyżurów i wyczerpującej gotowości. Kiedy już postanowiłem przerwać dzielenie się swoimi rozważaniami i zwierzyłem się z tego jednemu z współbraci, ten napomniał mnie ostro, mówiąc: Ewangelię zawsze głosi się za darmo. Masz z czego żyć, klasztor daje ci jeść i ubiera cię, więc głoś, jeśli masz możliwość...

     Tymczasem sytuacja w kraju zmieniała się wtedy z godziny na godzinę. Tak wielkie było przyspieszenie. Jeszcze gdzieś przed Wielkanocą wygłosiłem konferencję o godności kobiety, o szacunku dla kobiety w Polsce, opartym i zbudowanym na kulcie Matki Bożej. Zacząłem od Bogarodzicy i poematu naszego Słoty 0 zachowaniu się przy stole, gdzie mowa o tym, że kobiety od Matki Boskiej tę moc mają, iż wobec nich książęta wstają... i gdzie autor prosi Matkę Bożą, aby darzyła temu, kto czci żeńską twarz, i aby doprowadziła go do zbawienia wiecznego. Wygłosiwszy konferencję, natychmiast o niej zapomniałem, pędząc do innych goniących mnie zajęć.

      Było lato. Wczesnym popołudniem zaczepiła mnie na naszym podw6rku poważna, dystyngowana kobieta i, mówiąc z francuskim akcentem, wypytywała o mnie. Bawiłem się jej polszczyzną, rozkoszując się gardłowym "errr" i francuskim akcentem, zawsze - czy trzeba, czy nie trzeba - położonym na ostatnią sylabę. Kobieta pragnęła mnie spotkać i coś mi przekazać. Mówiła o Radiu Wolna Europa i o audycji na temat godności kobiety, która słyszała gdzieś daleko, w Egipcie. Później jeszcze wiele razy słuchała mnie w Teheranie, gdzie była z mężem, ambasadorem Argentyny, na placówce dyplomatycznej. Niebawem okazało się, że pani ambasadorowa jest z urodzenia Polką, Wielkopolanką ze Swadzimia pod Poznaniem, która jako trzyletnia dziewczynka wyjechała z rodzicami podczas wojny z kraju do Argentyny i w ten sposób się uratowała.

     Piliśmy kawę. Pani ambasadorowa powtarzała: Rrrozumie ojciec, ksiądz, braciszek... ta audycja, kobieta,godność, honor, ojczyzna nasza, tęsknota... Zrozumiałem jedno, że ta wypowiedz o godności kobiety, o czci, o szacunku dla kobiety w Polsce, podbudowana pobożnością maryjną, była dla niej ważna, może nawet bardzo ważna. Rozmawialiśmy dalej. Jej życie osobiste, przebywanie w kraju, gdzie zupełnie inna jest pozycja kobiety, i zapamiętane opowieści rodziców o rodzinnym kraju sprawiły, że ona jest tutaj i że za coś mi dziękuję. Pożegnaliśmy się, bo nie zatrzymywałem starszej pani. Nawet nie wziąłem adresu, bo i po co. Ona jednak wzięła.

      0d naszego letniego spotkania minęło kilka miesięcy. Minęła pracowita w duszpasterstwie jesień, zaczął się adwent z roratami o szóstej rano, Boże Narodzenie i nasz sylwestrowy wyjazd. Potem czas wahania i wątpliwości zakonu a później klasztoru, czy przyjąć dom na Jamnej, czy nie. No i wreszcie ta noc 25 marca... Noc kompletnej rezygnacji i całkowitego zawierzenia, noc zwątpienia i totalnego zdania się na Boga, Jego Matkę, Św. Jacka...Niech pomagają, skoro tacy mądrzy, skoro tacy mocni, a zresztą niech sobie tą całą Jamna zabiorą... a mnie dadzą już spokój. I wtedy, jakby utraciwszy Jamną dla nich, na nowo ją zyskałem dla siebie. Zasnąłem, napisawszy ten list do Świętego Jacka i Matki Bożej.

     Następnego dnia rano nie zbudził mnie klasztorny dzwonek, ale z rozespania wyrwał mnie telefon. Telefon z Teheranu. Dzwoniła ambasadorowa Argentyny, pani Wanda Plucinska-Auge. Dzwoniła, ze miała w nocy sen, natchnienie, intuicję, czy raczej iluminację, że ja jej potrzebuje, a ona powinna mi w czymś pomóc, tylko nie bardzo dokładnie wie, w czym. Mówiła ta swoja przepiękną polszczyzną, że ona chciałaby w moim dziele participer, tylko, że ona dokładnie nie wie, co to jest za dzieło. I czy mógłbym ją objaśnić... Oczywiście, że chodzi o moje duszpasterstwo, ale że ona nie bardzo się orientuje. Wyrzuciła swoją kwestię jednym tchem.

- -      Nie, nie, nie sądzę, by pani mogła mi w czymś pomóc - odparłem.
- Ale może ma ojciec jakieś problemy, to ja chętnie będę participer...
- Ależ jak pani może participer, skoro tamci dają, a ci nie chcą...
- A kto daje i kto nie chce, jeśli wolno zapytać przedłużała rozmowę ambasadorować
- No gmina daje górę, dom i las dla duszpasterstwa, a moi przełożeni nie chcą...
- Jakże to, ziemi nie chcą, za darmo nie chcą?? ? nie mogła zrozumieć ambasadorowa.
- No bo tak naprawdę dom jest drewniany i stary, wymaga natychmiastowych remontów, a z tym wiążą się koszty, a poza tym moi przełożeni mówią, że ja mam się duszpasterstwem młodzieży zajmować, a nie remontem starej budy...
- A jakiż to problem, kto ojcu każe się tym wszystkim zajmować, ja zaraz wysyłam ojcu tysiąc dolarów z mojego konta w Szwajcarii..., a potem porozmawiamy.
- Nie mam już nic do powiedzenia. Dziękuję bardzo...
- Stałem oblany potem, zupełnie nie wiedząc, co się stało. Ta drobniutka informacja pomogła klasztorowi w podjęciu decyzji przyjęcia darowizny, a Radio Wolna Europa, nie wiedząc zupełnie o tym, wypłaciło mi należność za pracę w służbie Ewangelii wykonywaną na kredyt. Raz jeszcze doświadczyłem tego, że Pan Bóg wypłaca swoim wierzycielom już w tym życiu, nie mówiąc o wypłacie po śmierci...

     Rada klasztoru wyraziła ostatecznie gotowość przyjęcia, Rada Gminna potwierdziła gotowość podarowania... Pozostawały jeszcze tylko do dopełnienia formalności u notariusza w Brzesku, ale byty to już tylko formalności.