Banner


 *  Strona główna
 *  Oblicze do kontemplacji
 *  Koronka do Miłosierdzia Bożego.mp3
 *  Listy Jana Pawła II
 *  Nasz ośrodek
 *  Duszpasterz i domownicy
 *  Miejsce Pamięci
 *  Reguła życia
 *  Fundamenty domu
 *  Dzień na Jamnej
 *  Jamneńska Pieśń
 *  Remonty i inwestycje
Zamyślenia-ARCHIWUM
Święci dominikańscy
Opowieści
Kamienie milowe
Miejsca modlitwy
Nasze budynki
Napisali o Jamnej
 *  Jamneńska GALERIA
 *  INNE GALERIE FOTO


Msze św.

niedziela:
godz. 11.00
godz. 13.00
godz. 16.00 (trydencka)
dni zwykłe: godz. 19.00

Godzina Miłosierdzia

codziennie o godz. 15.00

Dane kontaktowe:

Dom Matki Bożej
Niezawodnej Nadziei

Jamna 7
32-842 Paleśnica
tel. 014/ 66-54-196
[email protected]

o. Andrzej Chlewicki OP
tel. +48 603 138 056

o. Wojciech Gołaski OP
tel. +48 602 719 884

o. Grzegorz Kluz OP
tel. +48 694 480 628
mail do o. Grzegorza

Wyślij e-maila na Jamną

Napisali o Jamnej

Gdy ojciec jest autorytetem  |   Cena zbawienia  |   Góra Góry  |   Robiłem nalot na Jamną
  |   Jamna w obiektywie moich wrażeń  |   Po co Papieżowi doktorat honoris causa?  |   Polonez kardynała Schönborna  |   Wielka i mała wizja


Wielka i mała wizja

 

     Jeszcze nigdy mi się co? takiego nie zdarzyło. Zawsze wydawało mi się, że jestem mocnym koniem i potrafię dużo ucišgnšć. I siebie, i innych. Nie nauczyłem się narzekać, ale spadłszy z konia, ocierałem gębę i wsiadałem na powrót...      Tę lekcję pobrałem w cišgu ostatnich kilku dni na Jamnej. Po upalnych i pięknych dniach ni stšd, ni zowšd zaczęły padać deszcze. Po pewnym czasie już nie padały, ale waliły strumieniami. Strumienie przestawały być strumieniami i zamieniały się w pionowš ?cianę wody, a podłoże płynęło jednš brunatnš rzekš znoszšcš wszystko po drodze.      Normalnie latem na Jamnš zjeżdża sporo młodzieży. Przebywanie na ?wieżym powietrzu jest wspaniałym wypoczynkiem i przygodš. Wszyscy przyjeżdżamy się odchudzać i leczyć z nadwagi ? tej cywilizacyjnej przypadło?ci, ale po ruchu na dworze (w Galicji powiedzieliby ?na polu?) szybko zapominamy o postanowieniach i rzucamy się na jadło bez umiaru. Potem jednak znowu praca, spalanie. I tak oto szczę?liwie wracamy zadowoleni, że zbytnio nie przytyli?my.      Tymczasem strugi deszczu uwięziły nas w domu. Jak długo można stać w miejscu, sprzštać i ?cierać kurze? Zrobiło się ponuro, niebezpiecznie, depresyjnie. Z okolicy docierały meldunki o wzbierajšcej wodzie. Zatonęli pierwsi ludzie, zostały przerwane drogi, zerwane mosty, zalane domy i pola. Dojazd na Jamnš, z poczštku utrudniony, do?ć szybko stał się w ogóle niemożliwy. Zostali?my odcięci. Brakowało chwilami pršdu, nie działał telefon. Jednym słowem zgroza.      Ja sam dawno już miałem z Jamnej wyjechać, ale jak tu wyjechać, kiedy nie ma drogi, bo... popłynęła.      Sytuacja, w której się znale?li?my, była dla nas zaskoczeniem. Brutalnie pokazała nam, ile jest nas w sobie samych. Ile zgromadzili?my siebie w sobie, ile wytrzymamy sami ze sobš, na ile możemy czerpać z tych zgromadzonych w sobie zasobów?      Próbowałem zapanować nad sytuacjš i wymy?lić program dla wszystkich uwięzionych w domu ?w. Jacka. Dotkliwie czułem na sobie żebracze oczy. Dzieci w domu potrzebujš nie tyle jedzenia, ile sensu i miło?ci.

 
* * *

     Niektórzy przywie?li ze sobš na Jamnš młodsze rodzeństwo. Należałoby się z tego cieszyć, ale sytuacja nas wszystkich zaskoczyła. Nie mieli?my pomysłu na dzieci. Co im dać do ręki, do głowy? Obserwowałem zgubne skutki fałszywego dzieciocentryzmu. Dzieciom wszystko wolno. Za zwrócenie uwagi matce, żeby jej milusiński nie bębnił pię?ciami po klawiaturze pianina i nie siadał na tejże pupencjš, otrzymałem reprymendę: ?Toż to dziecko, czy ojciec tego nie rozumie? Zaraz widać, że nie miał ojciec swoich dzieci... Jak można tak kulpabilizować dzieci i ranić je??. Ugryzłem się w język, ażeby nie odpowiedzieć zwierzęco rozkochanej w swym dziecku matce. Chciałem jej zaproponować, że zamówimy na jej koszt stroiciela, ale zaraz zrobiło mi się jej żal. Może obraziłaby się na Ko?ciół, księdza i Pana Boga za jednym zamachem.      Nagle ?wiatło. Dla dzieci szkoła ? żywoty ?więtych. Plastyczne osobowe wzorce, przymioty ?więtych, heroizm, wpisanie się w kontekst... Zadziałało. Przestały patrzeć przestraszonymi oczami. A starsi? Co im zaproponować? Zmówili?my jutrznię, zjedli?my ?niadanie, i co dalej? Wszystkie plany zawieszone, odłożone na pó?niej, nic nie dało się zrobić. Młodzi ludzie wałęsali się po domu. Nie było ani gdzie uciekać, ani za co się chwycić. Dom stał się ciasny. Wpadali?my na siebie. Byli?my skazani na siebie. Napięcie wzrastało. Gdzieniegdzie przeciekały już dachy. Woda rwała wszystkimi zagłębieniami. Co robić? Rozmokła ziemia już nie przyjmowała wody. Czy mamy jakš? wizję pomimo uwięzienia? Wizja przygotowana, przemy?lana runęła pod wpływem powodzi. Przez zasłonę mgły niczego nie widać. Nie widać na kilka metrów. Dziewczyny instynktownie uciekały do kuchni. Niby, że to będš nam gotowały strawę, ale zanim zabrały się do roboty, to musiały jeszcze spokojnie wypić kawę, bo takie niskie ci?nienie. A kiedy zmęczeni i zmoknięci chłopcy wracali obłoceni z drogi, to na stole czekał na nich pokrojony w cienkie plasterki pomidor. Ojciec Andrzej wyruszył na pomoc powodzianom do Rożnowa. W tak dramatycznej chwili pomoc drugim wydawała się najsensowniejszym zajęciem. Ich jeszcze trudniejsza sytuacja nadawała jaki? sens naszej. Ludzie z zewnštrz przynosili nam coraz to dramatyczniejsze wiadomo?ci. Tkwili?my w bezczynno?ci, podczas kiedy inni tracili wszystko. Ale co było robić? Pchać się w sam ?rodek żywiołu?

* * *

     W chwilach, kiedy przestawało padać, wypadali?my z domu, ażeby zrobić przepusty wodzie. Krystyna stała z założonymi rękoma. Bezrobotna. ? Chwyciłaby? się przynajmniej za różaniec ? wypaliłem zdenerwowany. ? A po co, kiedy nie pomaga? Na co ojcu te wszystkie modlitwy, skoro takie rzeczy się dziejš? Pomy?lałem, że mogłaby mieć więcej rozumu i czego? się wreszcie nauczyć po latach pobytu w duszpasterstwie, ale widać nie może. Napełniło mnie to ogromnym smutkiem i poraziło.

* * *

     Kiedy? przed laty, trochę dla zabawy, a trochę dla powagi postawili?my tabliczki wokół naszego terenu z napisem: ?Teren prywatny, Respublica Dominicana ? Jamna ? regio exteritorialis?. Postawienie tabliczek miało na celu wskazanie naszej młodzieży terenu, za który jest szczególnie odpowiedzialna i o który szczególnie ma się troszczyć. Którego? dnia, zaszedłszy do chałupy życzliwych ? zdawało się ? nam osób, usłyszeli?my od podpitej kobiety wywód, który ?cišł nas z nóg. Mówiła, nie wycišgajšc papierosa z ust. ? Ku...wa, jaka? republika americana, a my to co? Chinole? Była to z pewno?ciš reakcja na powód?, ale czemu w takich sytuacjach wychodzi z ludzi niedobre my?lenie? Po powrocie do domu załadowali?my bez słowa olbrzymiš elektrycznš patelnię, którš dostali?my od księdza Arnolda z Caritasu z Opola i zawie?li?my do chałupy, w której padły na nas te gorzkie słowa. Zaczynała nas powalać ludzka zazdro?ć. To ogromna ludzka bieda. Wyrasta z bezsilno?ci i braku nadziei. Ludzie bezczynni zaczynajš się porównywać. Nie potrafiš żyć swoim własnym życiem. Czy można się przed tym uchronić? Może trzeba się uodpornić i nie słyszeć tego, co boli?

* * *

     Możemy patrzeć na nasze życie jak na los pielgrzyma lub wygnańca. Pielgrzym wie, skšd idzie i dokšd zdšża. Wychodzi z ręki Boga i ku Bogu zdšża. Jeste?my w drodze i znamy cel naszego pielgrzymowania ? Dom Ojca, żywot wieczny. Wizja życia jako pielgrzymki dodaje sił w chwilach zmęczenia, dodaje nadziei w chwilach zniechęcania i każe i?ć dalej, kiedy tylko wstanie słońce i ukaże się przed nami horyzont. Pokarmem ducha w pielgrzymce jest pewno?ć i wiara w sensowno?ć podejmowanej drogi. Trzeba doj?ć i tyle. Nasza siła jest w wierze w możliwo?ć doj?cia. Trzeba zawinšć do portu zbawienia.

* * *

     Dzisiejsza cywilizacja i kultura porażajš my?lenie współczesnego człowieka zwštpieniem. Zwštpienie pozbawiło go tej scalajšcej i wszechogarniajšcej wizji pielgrzymowania, a tym samym nadziei, że warto wyruszyć, że warto i?ć. Poraziło zwštpieniem zarówno cel, jak i zasadno?ć udania się w drogę. Nie trzeba przesadzać. Wystarczy wyj?ć z domu i trochę pospacerować, no już ostatecznie i?ć na turystyczne szlaki. Ale podejmować ryzyko dotarcia do sanktuarium? Nie wymagajmy od siebie aż tyle. Szaleństwo i ryzyko drogi... Wystarczy wyj?ć z domu i trochę pochodzić, ot tak dla relaksu, niezobowišzujšco. Nie trzeba wcale nigdzie dochodzić, a w razie niewygody lub niepogody przerwać to wędrowanie. Upadła i załamała się wizja ogólna, scalajšca całe nasze życie, a na jej miejsce wdarły się wizje mniejsze, czšstkowe, bez aspiracji, by obejmować całe życie człowieka. Małe wizje, które sš raczej etapami, małymi odcinkami, niezdolnymi ud?wignšć ludzkiego życia ani nadać mu sensownego kierunku. Filozofie już nie tworzš systemów, ale opracowujš poszczególne odcinki ludzkiej drogi lub czyszczš kanały ludzkiego my?lenia, jak mawiał o. Innocenty Bocheński o roli filozofów. Tak urobieni i wyposażeni ludzie nie sš w stanie być mocniejsi niż warunki, w których przyszło im żyć. Warunki bywajš mocniejsze. Człowiek zamiast zdobywać i pokonywać drogę, bywa przez niš pokonany. Tymczasem droga jest dla człowieka.

* * *

Kiedy? zadzwonił do mnie znany społecznik i spytał, co powinien robić ze swym synem, którego wszystko nudzi, a na propozycję pój?cia na wycieczkę odburknšł: ?Zielone mnie nudzi?. Nuda, brak inicjatywy i jakiejkolwiek twórczo?ci. Często młodzi nudzš się i nie wiedzš, co mogliby zrobić. Nieumiejętno?ć zagospodarowania czasu. Nas tego uczyli w nowicjacie: wstawanie, gimnastyka, toaleta, rozmy?lanie, brewiarz, ?niadanie, sprzštanie, Pismo ?więte, czytanie duchowe, żywoty ?więtych... itd. Wtedy uczono gospodarowania czasem. Odpowiedzialno?ci za czas, który dostali?my do dyspozycji. Czas jest przecież największym darem Bożym. Umiejętno?ć dysponowania czasem czyni człowieka kim?. Znać warto?ć czasu, obdarować nim kogo? ? mieć dla niego czas... Posiadanie czasu dla Boga pokrywa się z posiadaniem czasu dla siebie samego i dla innych. Bóg wszedł w nasz ludzki czas i uczynił go przestrzeniš spotkania z człowiekiem. Mieć ?wiadomo?ć czasu jako największego daru Bożego i mšdrze nim gospodarować, to zadanie dla mnie i dla Jamnej. Co? by?my zrobili, ale nie bardzo wiemy co. Przecież muszę wiedzieć co. Kiedy? pan Czesław Mastalerz powiedział mi: ?Widzi ojciec, najważniejsze w życiu to wiedzieć, czego się chce, bo wielu chce czego?, tylko nie bardzo wiedzš czego i na tym polega ich nieszczę?cie?. Jest jeszcze sprawa przynależno?ci do odpowiedniej kultury. Na własny użytek nazwałbym to przynależno?ciš do kultury Wschodu albo kultury Zachodu. Kultura Wschodu to umiejętno?ć długiego czekania na okazję do jednorazowego zrywu. Całe życie człowieka to duża przestrzeń i dużo czasu. Ten czas to jedno wielkie czekanie na okazję do wielkiego majšcego zbawić człowieka czynu. Tymczasem człowieka przepełnia poczucie niespełnienia i wytwarzajš się zakwasy bezczynno?ci. Kultura Zachodu ? tak jak jš rozumiem ? to kultura wiecznej aktywno?ci. To przekonanie, że robienie czego? jest zawsze lepsze od nicnierobienia. Nawet je?li pożytek jest znikomy. To przekonanie, że warto co? robić i lepiej co? robić, chociażby to co? było małe i niewiele znaczšce. Ta aktywno?ć mobilizuje, pobudza, uczy czujno?ci i ?ledzenia zjawisk, podczas gdy czekanie na możliwo?ć i okazję do zaistnienia powoduje wielkie spustoszenie w samym wnętrzu człowieka. Nieumiejętno?ć wykorzystywania wszystkich możliwo?ci, nieumiejętno?ć aktualizowania tych, które sš, jest wielkš ludzkš biedš i podłożem depresji nie tylko indywidualnych, ale i społecznych. Ludzie udajš, że żyjš, że jedzš, że wierzš, że kochajš, że pracujš. To udawanie przybiera gigantyczne rozmiary. Czšstkowe zajęcia, niezobowišzujšce, bez odpowiedzialno?ci ze strony kogokolwiek, nikomu niepotrzebne za?miecajš Boży ?wiat. Ze?lij nam, Panie, swego Ducha, aby nasza braterska miło?ć była wolna od udawania...

* * *

     Trzeba było wracać do Poznania. Zjechał ze mnš do Pale?nicy ojciec Andrzej ruskim UAZ?em. Wzišł też chłopaków z kilofami i łopatami, ażeby zakopywać wyżłobione koleiny i dziury, tak, abym nie ugrzšzł z młodzieżš w busie. Pojechałem naokoło przez Ciężkowice, bo woda przerwała drogę w Pale?nicy, a na Sšcz nie było po co jechać. Koło Wojnicza przypomniałem sobie opowie?ć ojca Adama Studzińskiego, kapelana spod Monte Cassino. Kiedy jedni schodzili z góry po morderczej bitwie, znoszšc ze sobš poległych i rannych, inni na dole, w miejscowo?ci Cassino, siedzieli poprzytulani do dziewczyn i popijali schłodzone wino. I wtedy męczyła ich my?l jedna: ?I po co to wszystko??. Nieprzekazywalno?ć do?wiadczenia, nieprzystawalno?ć ?wiatów. W Wojniczu ?wieciło już słońce, które towarzyszyło nam do Poznania i nikt nie domy?liłby się tego, co zostawili?my na plecami. Ale po co tu wspominam o chłopcach spod Monte Cassino? Ani ja żołnierz, ani powodzianin. Otarłem się jedynie o ludzkš biedę, o żywioł, który zdezorganizował nam czas. Innym zrujnował życie. Piszę o tym wszystkim, zdziwiony, w jak różnych ?wiatach żyjemy. Kilometr wcze?niej zapłakane twarze, kilometr dalej schłodzone piwo i wesołe rozmowy przy stole. I kto? tam reperuje drogę, żeby można się było poruszać między tymi nieprzystawalnymi ?wiatami. Nie mogš wszyscy siš?ć i płakać.

* * *

     Po przyje?dzie do Poznania rado?ć wielka. Ludzie wiedzeni odruchem serca przynoszš do Ko?cioła niewyobrażalne ilo?ci darów.

Jan Góra