Jeszcze nigdy mi się coś takiego nie zdarzyło. Zawsze wydawało mi się, że jestem mocnym koniem i potrafię dużo udźwignąć. I siebie, i innych. Nie nauczyłem się narzekać, ale spadłszy z konia, ocierałem gębę i wsiadałem na powrót… Tę lekcję pobrałem w ciągu ostatnich kilku dni na Jamnej. Po upalnych i pięknych dniach ni stąd, ni zowąd zaczęły padać deszcze. Po pewnym czasie już nie padały, ale waliły strumieniami. Strumienie przestawały być strumieniami i zamieniały się w pionową ścianę wody, a podłoże płynęło jedną brunatną rzeką znoszącą wszystko po drodze. Normalnie latem na Jamną zjeżdża sporo młodzieży. Przebywanie na świeżym powietrzu jest wspaniałym wypoczynkiem i przygodą. Wszyscy przyjeżdżamy się odchudzać i leczyć z nadwagi – tej cywilizacyjnej przypadłości, ale po ruchu na dworze (w Galicji powiedzieliby „na polu”) szybko zapominamy o postanowieniach i rzucamy się na jadło bez umiaru. Potem jednak znowu praca, spalanie. I tak oto szczęśliwie wracamy zadowoleni, że zbytnio nie przytyliśmy. Tymczasem strugi deszczu uwięziły nas w domu. Jak długo można stać w miejscu, sprzątać i ścierać kurześ Zrobiło się ponuro, niebezpiecznie, depresyjnie. Z okolicy docierały meldunki o wzbierającej wodzie. Zatonęli pierwsi ludzie, zostały przerwane drogi, zerwane mosty, zalane domy i pola. Dojazd na Jamną, z początku utrudniony, dość szybko stał się w ogóle niemożliwy. Zostaliśmy odcięci. Brakowało chwilami prądu, nie działał telefon. Jednym słowem zgroza. Ja sam dawno już miałem z Jamnej wyjechać, ale jak tu wyjechać, kiedy nie ma drogi, bo… popłynęła. Sytuacja, w której się znaleźliśmy, była dla nas zaskoczeniem. Brutalnie pokazała nam, ile jest nas w sobie samych. Ile zgromadziliśmy siebie w sobie, ile wytrzymamy sami ze sobą, na ile możemy czerpać z tych zgromadzonych w sobie zasobówś Próbowałem zapanować nad sytuacją i wymyślić program dla wszystkich uwięzionych w domu św. Jacka. Dotkliwie czułem na sobie żebracze oczy. Dzieci w domu potrzebują nie tyle jedzenia, ile sensu i miłości.

* * *

Niektórzy przywieźli ze sobą na Jamną młodsze rodzeństwo. Należałoby się z tego cieszyć, ale sytuacja nas wszystkich zaskoczyła. Nie mieliśmy pomysłu na dzieci. Co im dać do ręki, do głowy? Obserwowałem zgubne skutki fałszywego dzieciocentryzmu. Dzieciom wszystko wolno. Za zwrócenie uwagi matce, żeby jej milusiński nie bębnił pięściami po klawiaturze pianina i nie siadał na tejże pupencją, otrzymałem reprymendę: Toż to dziecko, czy ojciec tego nie rozumie? Zaraz widać, że nie miał ojciec swoich dzieci… Jak można tak kulpabilizować dzieci i ranić je?. Ugryzłem się w język, ażeby nie odpowiedzieć zwierzęco rozkochanej w swym dziecku matce. Chciałem jej zaproponować, że zamówimy na jej koszt stroiciela, ale zaraz zrobiło mi się jej żal. Może obraziłaby się na Kościół, księdza i Pana Boga za jednym zamachem. Nagle światło. Dla dzieci szkoła ś żywoty świętych. Plastyczne osobowe wzorce, przymioty świętych, heroizm, wpisanie się w kontekst… Zadziałało. Przestały patrzeć przestraszonymi oczami. A starsi? Co im zaproponować? Zmówiliśmy jutrznię, zjedliśmy śniadanie, i co dalej? Wszystkie plany zawieszone, odłożone na później, nic nie dało się zrobić. Młodzi ludzie wałęsali się po domu. Nie było ani gdzie uciekać, ani za co się chwycić. Dom stał się ciasny. Wpadaliśmy na siebie. Byliśmy skazani na siebie. Napięcie wzrastało. Gdzieniegdzie przeciekały już dachy. Woda rwała wszystkimi zagłębieniami. Co robić? Rozmokła ziemia już nie przyjmowała wody. Czy mamy jakąś wizję pomimo uwięzienia? Wizja przygotowana, przemyślana runęła pod wpływem powodzi. Przez zasłonę mgły niczego nie widać. Nie widać na kilka metrów. Dziewczyny instynktownie uciekały do kuchni. Niby, że to będą nam gotowały strawę, ale zanim zabrały się do roboty, to musiały jeszcze spokojnie wypić kawę, bo takie niskie ciśnienie. A kiedy zmęczeni i zmoknięci chłopcy wracali obłoceni z drogi, to na stole czekał na nich pokrojony w cienkie plasterki pomidor. Ojciec Andrzej wyruszył na pomoc powodzianom do Rożnowa. W tak dramatycznej chwili pomoc drugim wydawała się najsensowniejszym zajęciem. Ich jeszcze trudniejsza sytuacja nadawała jakiś sens naszej. Ludzie z zewnątrz przynosili nam coraz to dramatyczniejsze wiadomości. Tkwiliśmy w bezczynności, podczas kiedy inni tracili wszystko. Ale co było robić? Pchać się w sam środek żywiołu?

* * *

W chwilach, kiedy przestawało padać, wypadaliśmy z domu, ażeby zrobić przepusty wodzie. Krystyna stała z założonymi rękoma. Bezrobotna. ś Chwyciłabyś się przynajmniej za różaniec ś wypaliłem zdenerwowany. A po co, kiedy nie pomaga? Na co ojcu te wszystkie modlitwy, skoro takie rzeczy się dzieją? Pomyślałem, że mogłaby mieć więcej rozumu i czegoś się wreszcie nauczyć po latach pobytu w duszpasterstwie, ale widać nie może. Napełniło mnie to ogromnym smutkiem i poraziło.

* * *

Kiedyś przed laty, trochę dla zabawy, a trochę dla powagi postawiliśmy tabliczki wokół naszego terenu z napisem: „Teren prywatny, Respublica Dominicana – Jamna – regio exteritorialis”. Postawienie tabliczek miało na celu wskazanie naszej młodzieży terenu, za który jest szczególnie odpowiedzialna i o który szczególnie ma się troszczyć. Któregoś dnia, zaszedłszy do chałupy życzliwych – zdawało się – nam osób, usłyszeliśmy od podpitej kobiety wywód, który ściął nas z nóg. Mówiła, nie wyciągając papierosa z ust. – Ku…wa, jakaś republika americana, a my to coś Chinole? Była to z pewnością reakcja na powódź, ale czemu w takich sytuacjach wychodzi z ludzi niedobre myślenie? Po powrocie do domu załadowaliśmy bez słowa olbrzymią elektryczną patelnię, którą dostaliśmy od księdza Arnolda z Caritasu z Opola i zawieźliśmy do chałupy, w której padły na nas te gorzkie słowa. Zaczynała nas powalać ludzka zazdrość. To ogromna ludzka bieda. Wyrasta z bezsilności i braku nadziei. Ludzie bezczynni zaczynają się porównywać. Nie potrafią żyć swoim własnym życiem. Czy można się przed tym uchronić? Może trzeba się uodpornić i nie słyszeć tego, co boli?

* * *

Możemy patrzeć na nasze życie jak na los pielgrzyma lub wygnańca. Pielgrzym wie, skąd idzie i dokąd zdąża. Wychodzi z ręki Boga i ku Bogu zdąża. Jesteśmy w drodze i znamy cel naszego pielgrzymowania ś Dom Ojca, żywot wieczny. Wizja życia jako pielgrzymki dodaje sił w chwilach zmęczenia, dodaje nadziei w chwilach zniechęcania i każe iść dalej, kiedy tylko wstanie słońce i ukaże się przed nami horyzont. Pokarmem ducha w pielgrzymce jest pewność i wiara w sensowność podejmowanej drogi. Trzeba dojść i tyle. Nasza siła jest w wierze w możliwość dojścia. Trzeba zawinąć do portu zbawienia.

* * *

Dzisiejsza cywilizacja i kultura porażają myślenie współczesnego człowieka zwątpieniem. Zwątpienie pozbawiło go tej scalającej i wszechogarniającej wizji pielgrzymowania, a tym samym nadziei, że warto wyruszyć, że warto iść. Poraziło zwątpieniem zarówno cel, jak i zasadność udania się w drogę. Nie trzeba przesadzać. Wystarczy wyjść z domu i trochę pospacerować, no już ostatecznie iść na turystyczne szlaki. Ale podejmować ryzyko dotarcia do sanktuarium? Nie wymagajmy od siebie aż tyle. Szaleństwo i ryzyko drogi… Wystarczy wyjść z domu i trochę pochodzić, ot tak dla relaksu, niezobowiązująco. Nie trzeba wcale nigdzie dochodzić, a w razie niewygody lub niepogody przerwać to wędrowanie. Upadła i załamała się wizja ogólna, scalająca całe nasze życie, a na jej miejsce wdarły się wizje mniejsze, cząstkowe, bez aspiracji, by obejmować całe życie człowieka. Małe wizje, które są raczej etapami, małymi odcinkami, niezdolnymi udźwignąć ludzkiego życia ani nadać mu sensownego kierunku. Filozofie już nie tworzą systemów, ale opracowują poszczególne odcinki ludzkiej drogi lub czyszczą kanały ludzkiego myślenia, jak mawiał o. Innocenty Bocheński o roli filozofów. Tak urobieni i wyposażeni ludzie nie są w stanie być mocniejsi niż warunki, w których przyszło im żyć. Warunki bywają mocniejsze. Człowiek zamiast zdobywać i pokonywać drogę, bywa przez nią pokonany. Tymczasem droga jest dla człowieka.

* * *

Kiedyś zadzwonił do mnie znany społecznik i spytał, co powinien robić ze swym synem, którego wszystko nudzi, a na propozycję pójścia na wycieczkę odburknął: – Zielone mnie nudzi! Nuda, brak inicjatywy i jakiejkolwiek twórczości. Często młodzi nudzą się i nie wiedzą, co mogliby zrobić. Nieumiejętność zagospodarowania czasu. Nas tego uczyli w nowicjacie: wstawanie, gimnastyka, toaleta, rozmyślanie, brewiarz, śniadanie, sprzątanie, Pismo święte, czytanie duchowe, żywoty świętych… itd. Wtedy uczono gospodarowania czasem. Odpowiedzialności za czas, który dostaliśmy do dyspozycji. Czas jest przecież największym darem Bożym. Umiejętność dysponowania czasem czyni człowieka kimś. Znać wartość czasu, obdarować nim kogoś ś mieć dla niego czas… Posiadanie czasu dla Boga pokrywa się z posiadaniem czasu dla siebie samego i dla innych. Bóg wszedł w nasz ludzki czas i uczynił go przestrzenią spotkania z człowiekiem. Mieć świadomość czasu jako największego daru Bożego i mądrze nim gospodarować, to zadanie dla mnie i dla Jamnej. Coś byśmy zrobili, ale nie bardzo wiemy co. Przecież muszę wiedzieć co. Kiedyś pan Czesław Mastalerz powiedział mi: „Widzi ojciec, najważniejsze w życiu to wiedzieć, czego się chce, bo wielu chce czegoś, tylko nie bardzo wiedzą czego i na tym polega ich nieszczęście”. Jest jeszcze sprawa przynależności do odpowiedniej kultury. Na własny użytek nazwałbym to przynależnością do kultury Wschodu albo kultury Zachodu. Kultura Wschodu to umiejętność długiego czekania na okazję do jednorazowego zrywu. Całe życie człowieka to duża przestrzeń i dużo czasu. Ten czas to jedno wielkie czekanie na okazję do wielkiego mającego zbawić człowieka czynu. Tymczasem człowieka przepełnia poczucie niespełnienia i wytwarzają się zakwasy bezczynności. Kultura Zachodu ś tak jak ją rozumiem ś to kultura wiecznej aktywności. To przekonanie, że robienie czegoś jest zawsze lepsze od nicnierobienia. Nawet jeśli pożytek jest znikomy. To przekonanie, że warto coś robić i lepiej coś robić, chociażby to coś było małe i niewiele znaczące. Ta aktywność mobilizuje, pobudza, uczy czujności i śledzenia zjawisk, podczas gdy czekanie na możliwość i okazję do zaistnienia powoduje wielkie spustoszenie w samym wnętrzu człowieka. Nieumiejętność wykorzystywania wszystkich możliwości, nieumiejętność aktualizowania tych, które są, jest wielką ludzką biedą i podłożem depresji nie tylko indywidualnych, ale i społecznych. Ludzie udają, że żyją, że jedzą, że wierzą, że kochają, że pracują. To udawanie przybiera gigantyczne rozmiary. Cząstkowe zajęcia, niezobowiązujące, bez odpowiedzialności ze strony kogokolwiek, nikomu niepotrzebne zaśmiecają Boży świat. Ześlij nam, Panie, swego Ducha, aby nasza braterska miłość była wolna od udawania…

* * *

Trzeba było wracać do Poznania. Zjechał ze mną do Paleśnicy ojciec Andrzej ruskim UAZ-em. Wziął też chłopaków z kilofami i łopatami, ażeby zakopywać wyżłobione koleiny i dziury, tak, abym nie ugrzązł z młodzieżą w busie. Pojechałem naokoło przez Ciężkowice, bo woda przerwała drogę w Paleśnicy, a na Sącz nie było po co jechać. Koło Wojnicza przypomniałem sobie opowieść ojca Adama Studzińskiego, kapelana spod Monte Cassino. Kiedy jedni schodzili z góry po morderczej bitwie, znosząc ze sobą poległych i rannych, inni na dole, w miejscowości Cassino, siedzieli poprzytulani do dziewczyn i popijali schłodzone wino. I wtedy męczyła ich myśl jedna: „I po co to wszystko?”. Nieprzekazywalność doświadczenia, nieprzystawalność światów. W Wojniczu świeciło już słońce, które towarzyszyło nam do Poznania i nikt nie domyśliłby się tego, co zostawiliśmy na plecami. Ale po co tu wspominam o chłopcach spod Monte Cassino? Ani ja żołnierz, ani powodzianin. Otarłem się jedynie o ludzką biedę, o żywioł, który zdezorganizował nam czas. Innym zrujnował życie. Piszę o tym wszystkim, zdziwiony, w jak różnych światach żyjemy. Kilometr wcześniej zapłakane twarze, kilometr dalej schłodzone piwo i wesołe rozmowy przy stole. I ktoś tam reperuje drogę, żeby można się było poruszać między tymi nieprzystawalnymi światami. Nie mogą wszyscy siąść i płakać.

* * *

Po przyjeździe do Poznania radość wielka. Ludzie wiedzeni odruchem serca przynoszą do Kościoła niewyobrażalne ilości darów.

Jan Góra